Ulica Słowackiego

 Tadeusz

Z Lublina do Kielc przeprowadzka była słabo przygotowana. Ale inna w rok po wojnie być nie mogła. Rozpoczęliśmy od koczowania w maleńkim pokoiku w cztery osoby u dawnego znajomego. Po parunastu miesiącach dostaliśmy mieszkanie na ulicy Prostej 2.
Ładna piętrowa kamienica, choć bez specjalnych wygód – tylko kran z wodą i zlew w  kuchni. Ale prestiżowe wejście od ulicy i drugie „dla służby” od podwórka. Trzy pokoje i kuchnia. Piękny kaflowy piec, wysoki, z kaflami zdobnymi w tłoczone ornamenty stojący w wielkim salonie w rogu, na ukos.
Piec i trzeci pokój stały się powodem poszukiwań mieszkania innego. W tym trzecim mieszkali bowiem sublokatorzy – milicjanci. Jak już Lech pisał, większość komunalnych (chyba w większości pożydowskich) mieszkań i domów była zasiedlana wielorodzinnie. Piec natomiast wymagał palenia dużą ilością węgla. Milicjantów uznała babcia za zagrożenie totalne. A do pieca na węgiel nie tylko nie starczało pieniędzy, ale też sił do noszenia z dalekiej komórki. Latem miałem dużo miejsca do biegania, ale zima zeszła nam na siedzeniu w małym pokoju i kuchni – duży stał zamknięty bez ogrzewania.
Z jego okna był widok na całą ulicę Słowackiego prostopadłą do Prostej.

Jak pisałem, moja babcia była surowa i despotyczna. Moja mama ostatnie lanie dostała już jako ponad 20-letnia panna. Nic więc dziwnego, że i ja je dostawałem.
Pamiętam, jak raz widząc, że mama z paskiem idzie po jakimś moim wybryku, uciekłem pod łóżko, które stało na środku dużego pokoju. Mama je przesuwała na kółkach, a ja uczepiony jak małpka do sprężyn wraz z łóżkiem jeździłem. Sytuacja była na tyle komiczna, że oboje wybuchnęliśmy śmiechem.  
Od strony kuchennej było podwórko ograniczone płotami i komórkami na węgiel. Za płotem była grubo brukowana droga, drewniany dwór z wielkim czarnym krytym gontem dachem i gankiem. Przed budynkiem ogromny kasztan, pod którym chodziłem czekając, aż spadnie jakiś owocek, najpierw zrywany wiatrem malutki, kolczasty miękko, potem już większy, a w końcu same dojrzałe owoce.  Dalej ogrody i pola, aż do Psich Górek. W górę Prostej był drewniany dom, obórka, a w niej koza. Chodziłem do kozy po mleko zaraz po dojeniu, było jeszcze ciepłe.  

Na mamy rysunku ulica Słowackiego w całej swej okazałości z lat czterdziestych. Ja w płaszczyku z kocyka stoję przy kamiennym murku, na którym wysoka siatka, a za nią przytulone gęste ligustry. Za ogrodzeniem ukrywał się pałacyk Hueta.
Byłem u kolegi, który tam mieszkał. Jego rodzina przydzielony miała hol pałacyku, bardzo dziwnie to wyglądało z łóżkiem kanapą, stołem.
Przy pierwszym po lewej stronie słupie telegraficznym był dom państwa Sowińskim, a w nim ich wnuk, mój kolega Maciek. Kolejne inteligenckie dziecko, jedynak bez ojca. Umiał grać na fortepianie, nawet aranżować zasłyszane melodie. Mama zawsze mi powtarzała, że jeżeli nie będę się dobrze uczył to zostanę u niego stróżem. Prawie na końcu ulicy widać czerwoną plamę – to dom doktora Romszajda z rentgenem koło sypialni.
To jest skrzyżowanie z Poniatowskiego, vis a vis nasza szkoła. Chodziłem do niej z początku z mamą, potem sam.
Byłem przegrzewany zbyt ciepłym ubieraniem mnie,  raz mama zobaczyła przez okno jak po wyjściu z domu stopniowo zdejmuję z siebie warstwa po warstwie i idę z ubraniami w ręce już tylko lekko ubrany. 
Stare, duże drzewa zasłaniają koniec ulicy z Bazarem. Na prawym końcu był na rogu fryzjer, przed nim budka z napojami. Gdy miałem tylko 1 złoty to kupowałem małe piwo, gdy więcej to płynny owoc za 1,40. Piwo nie uchodziło za alkohol, nie było przy budce typowych dziś piwnych amatorów. Piwo było beczkowe – duża drewniana beczka z pompką i kranem, na niej bryła lodu, jeżeli szło się wczesnym rankiem ta bryła leżała przed budką. 
Lewy koniec ulicy to apteka Gieraltowskiego jeszcze sprzed I wojny, upaństwowiona w 1950 r., nad nią, na 2 piętrze, jadłodajnia Caritasu z panią Lodzią kucharką. 
Ponieważ łatwiej było zmienić mieszkanie na mniejsze, gorsze, więc już od drugiej klasy mieszkałem na Słowackiego pod numerem 13 – niskie domy na prawo i nieco w górę od motocyklisty. To było w piętrowej oficynie. Następnym razem opiszę jak się tam mieszkało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s