Klasa piąta – marsz do kąta

Lech  Lech

Piąta klasa to był ogromny przełom.
Po pierwsze – doprawdy trudno mi ustalić właściwy priorytet zacznę więc od sprawy formalnej – oddzielono nas, chłopców, od dziewcząt. Byliśmy w klasie Vb.
Prawdę mówiąc dopóki klasa była koedukacyjna nie zwracałem na dziewczęta specjalnej uwagi. Po rozdzieleniu uświadomiłem sobie, że coś się zmieniło. Nie tylko w liczebności klasy.
Po drugie doszły nowe, poważne, przedmioty – biologia, geografia, fizyka.
Po trzecie – religii zaczął uczyć nas ksiądz.
Po czwarte –  jeszcze jeden nowy przedmiot, ale o specjalnym znaczeniu – język rosyjski.

Nasza klasa zrobiła się nagle bardzo mała. Wydaje mi się, że nie przekraczała 20 uczniów. Rezultatem było bliższe poznanie się i nawiązanie głębszych związków.
Wiekszośc chłopców miała pseudonimy, najczęściej pochodzące od nazwiska. A więc:
Andrzej Paszkiewicz – Pasztet,
Janusz Gutwiński – Gucio,
Ryszard Ćwiąkała – Ćwikła,
Andrzej Ostaszewski – Ostaś.
Andrzej Wójcik – Wujo. I tak dalej.
Wyjątkiem był Staszek Śłósarczyk, którego przezywaliśmy Gasia. To było imię psa z jakiejś czytanki szkolnej i Staszek chyba naśladował tego psa na lekcji.
Mnie nazywano Miluch.
A Tadka Gajla? Jego nazwisko nie wpasowywało się w język potoczny. Korzystaliśmy więc z postaci historycznych, i tak Gaius Julius Caesar stawał się Gajlusem zaś gdy w wyższej klasie, na chemii, poznaliśmy prawo Gay-Lussaca, przezywaliśmy Tadka Gajlusak. 

Rysiek „Ćwikła” był niekwestionowanym prymusem.  Nie wiem czy widział w swoim szkolnym życiu stopień inny niż piątka. Był to drobny chłopiec, spokojny cichy i bardzo koleżeński. Chociaż nie wiem czy dawał komuś ściągawki. 
Jego mama była bardzo aktywna w komitecie rodzicielskim i wydaje mi się, że organizowała dyskretną pomoc dla chłopców z ubogich rodzin. Często z własnej kieszeni. Jej mąż był lekarzem.
Państwo Ćwiąkała organizowali Ryśkowi imieniny, na które zapraszali chyba całą klasę. Bardzo popularnym napojem był wtedy „Płynny owoc”. Na pierwszych imieninach Ryśka jeden z kolegów wpadł w taki dobry humor, że mama solenizanta poprosiła męża żeby sprawdził czy w Płynnym owocu jest alkohol.

Drugą wyróżniającą się osobą był „Gasia”. On wydawał mi się dużo bardziej dojrzały od reszty klasy. I to dojrzały w jakiś taki szlachetny, „przedwojenny”, sposób. Czasami, gdy przypominałem sobie sceny z W pustyni i puszczy, odczuwałem pewien smutek gdyż to nie ja, ale właśnie Staszek lepiej nadawał się do roli Stasia Tarkowskiego.
To Staszek przynosił do klasy rtęć używaną do posrebrzania monet i odznak. Jego ojciec był dentystą więc miał ten materiał w gabinecie.

A Tadek? On przyciągał wielu chłopców swoimi praktycznymi osiągnięciami. Tadek wspominał na tym blogu wcześniej o pasji zbierania i wymieniania się znaczkami pocztowymi oraz o próbach robienia odlewów z ołowiu.
Tadek potrafił bardzo fachowo mówić o znaczkach, chyba nawet przyniósł do szkoły stary katalog Zumsteina. Nasza naiwna pasja nabrała nagle nowego wymiaru, To znaczy, my zbieraliśmy tak jak przedtem, ale mieliśmy świadomość, że Tadek posiada wyższy stopień wtajemniczenia.
Jesli chodzi o odlewy z ołowiu to uczestniczyłem w tym projekcie ale jako materiał. Któregoś dnia Tadek zaproponował mi wymianę kilkunastu ołowianych żołnierzy na jakiś znaczek. Postawił warunek że muszę tych żołnierzy pociąć na drobne kawałki. Myslałem, że to ma być śrut do jego procy. Tymczasem za kilka dni Tadek pokazał mi niewielką siekierę odlaną z ołowiu.
Siekiera! Wprawdzie nie był to tomahawk, ale wszystko jedno. Jedyne znane mi osoby, które miały siekierę to traperzy z powieści Curwooda. Musiałem ją mieć. Nie pamiętam jaką cenę zapłaciłem ani co się z tą siekierą stało. Pewnie, gdy mi się znudziła, Tadek wymienił mi ją na jakiś drobiazg.
Jeśli Staszek „Gasia” przypominał mi Stasia Tarkowskiego to Tadek Gajl przypominał mi Tomka Sawyera. Nie przypominał – on był Tomkiem Sawyerem.

Osobnym atutem Tadka było to, że mieszkał bardzo blisko szkoły, na tej samej ulicy, a przy jego domu był spory ogród. To było najczęstsze miejsce naszych zabaw po lekcjach. Tadek prezentował swoje najnowsze wyroby – proce, pistolety, łuki. Dawal praktyczne rady.
Tam też próbowalismy palić papierosy. Ja byłem głównym dostawcą. Na początku podkradałem kilka sztuk Matce. Potem, gdy bylo więcej zainteresowanych, robiliśmy składkę i ja szedłem kupić je w kiosku mówiąć, że to dla Matki.
Najczęściej były to papierosy Sport, ale pamiętam też papierosy Mewa o delikatnym waniliowym zapachu. Uczyliśmy się zaciągać się, puszczać dym nosem. Było sporo łez i krztuszenia się. Chyba nikt z nas nie popadł w nałóg.

Tadek wspominał również bardzo popularną zabawę w państwo, miasto, rzeka, góry… Wygrywał ten, kto podał nazwy największej ilości obiektów na zadaną literę.
Któregoś dnia Rysiek „Ćwikła” przyniósł do klasy zasilane baterią urządzenie do tej gry. Na tablicę kontrolną nakładało się planszę, na przykład geografia, na której na marginesie były pytania a na środku wiele odpowiedzi do wyboru. Gracz wtykał jedną końcówke przewodu w otwór przy pytaniu a drugą w dziurkę przy porawnej według niego odpowiedzi. Jesli odpowiedź była prawidłowa – zapalało się światło. Byliśmy zachwyceni.
Po lekcjach Tadek poprosił Ryśka żeby pożyczył mu tę grę na jeden dzień. Następnego dnia Tadek oddał grę a przy okazji przyniósł komplet zrobionych przez siebie plansz. Tam były pytania i odpowiedzi dotyczące naszej klasy, nauczycieli, ulic i placów w Kielcach. Lampka zapalała się gdzie było trzeba. Magia!!! Toż to był prekursor dzisiejszych hackerów!

Religia prowadzona przez księdza – o tym będzie osobny wpis.

Nowe przedmioty. Do tego też jeszcze wrócimy, teraz wspomnę tylko o rosyjskim.
To była sprawa polityczna. Matka złorzeczyła w domu komunistom, wspominała rusyfikację z czasów carskich. Konkluzja była taka – należy się uczyć języka naszych wrogów żeby im się potrafić przeciwstawić.
Niestety bardzo mi się nie podobała nasza nauczycielka. Miała chyba jakąś drobną wadę wymowy i przez to jej mowa brzmiała jakoś niesympatycznie. Natomiast bardzo podobała mi się cyrylica. Nie tyle same litery ile to, że wystarczył niewielki wysiłek żeby mieć bardzo dobre wyniki z dyktanda. Dyktand chyba nie było zbyt wiele gdyż na moim świadectwie pojawiła się pierwsza trójka.

Poza szkołą również nastąpił przełom – Matka kupiła mi narty.

BirkrbeinerNarty! Wszak wspominałem, że Rodzice poznali się w Zakopanem i tam spędzili miesiąc miodowy. Oboje jeździli na nartach. Ojciec był członkiem Polskiego Związku Narciarskiego, mam Jego legitymację ze składkami opłaconymi do paźdiernika 1939 roku.
Matka nazywała narty sportem królów.
Wprawdzie bohaterowie książek Curwooda i Londona nie używali nart tylko śnieżnych rakiet – karpli, ale właśnie wtedy zacząłem czytać książki o podróżnikach polarnych – Nansen, Amundsen – oczywiście, że potomkowie wikingów zamienili rakiety na śmigłe narty.

Poniżej Psie Górki – niecały kilometr od naszego domu – mogłem tam dotrzeć na nartach…

Psie Górki

To było zbyt nęcące. Bardzo lubiłem szkołę i swoją klasę, ale zacząłem chodzić na wagary, na narty lub łyżwy.

Najlepszym narciarzem w klasie był Andrzej Paszkiewicz – Pasztet. W mistrzostwach szkoły – bieg narciarski dookoła Nowego Cmentarza – zajął drugie miejsce ulegając tylko jednemu zawodnikowi z dużo starszej klasy.
Andrzej poprowadził mnie na ambitniejsze trasy – Telegraf, Skocznia. Do narciarstwa pewnie jeszcze niejeden raz tu wrócę.

Moje świadectwo na koniec roku odpowiada tytułowi tego wpisu – pięć trójek, sześć czwórek i tylko dwie piątki, w tym jedna niezbyt zasłużona – ze sprawowania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s