dziecięce wakacje

 Tadeusz

Dzisiejsza nienawiść dzieci do szkoły jest dla mnie niezrozumiała. Lubiłem szkołę, była 
urozmaiceniem po domowej jednostajności.
Wakacje były szkoły pozbawione, ale czasem zdarzały się wyjazdy. Pierwszy taki wyjazd to był pobyt z mamą na św. Katarzynie, wsi z klasztorem, u podnórza Łysicy, koło 25 km od Kielc. Mieszkaliśmy w izbie w nowej chacie miejscowego szewca  Łakomca. Okno wychodziło na drogę do klasztoru.

 

Dni schodziły na spacerach, zbieraniu grzybów, jeżyn, piciu cudownej wody ze źródełka św. Franciszka. Gdy ja buszowałem po krzakach mama siadała z kartką i kredkami rysowała, w domu poprawiała akwarelą.

Gospodyni zebrane grzyby suszyła na gałązkach tarniny nabijając kapelusze na kolce i wstawiając taką choinkę do wygasłego, ale gorącego paleniska.
Na tym terenie zbierana i jedzona była odmiana prawdziwka z czerwonym trzonem. Po latach dowiedziałem się, że to grzyb nieco trujący i wśród świętokrzyskich chłopów nazywany poćcem.

Wieś chyba zaczynała być atrakcyjna letniskowo, bo w innej chacie mieszkali dwaj chłopcy z naszej szkoły – Adam i Tadek Massalscy. Ja zdałem do drugiej klasy więc wołali za mną „drugaki-głuptaki”, a ja za nimi „pierwszaki” lub „trzeciaki-głuptaki”.

Popołudniami mama czytała mi „Białego kła” Londona. 

Obiady jedliśmy w klasztorze, była piękna biała  sala z długim ciemnym drewnianym stołem pokrytym białym obrusem. Było sporo jedzących, siedziałem z ciasno przyłożonymi łokciami do boków – tak wówczas należało. Dania wydawane były w okienku z obrotową szafką. Zakonna reguła nie pozwalała na kontakt z ludźmi z zewnątrz.
U zakonnic można było kupić miód wyjątkowy. Ciemnozielony, aromatyczny, ze spadzi z jodeł puszczańskich robiony. 

Miałem pecha wyjątkowego – rozbolał mnie ząb trzonowy, chyba 5-ka. Parę nocy bolesnych i decyzja – idziemy po pomoc. Jedynym dentystą była zakonnica, bardzo bałem się rwania przez okienko, ale w tak wyjątkowym przypadku wyszła zza krat. Całe wyposażenie to szczypce i jakiś spryskiwacz z UNRRY tylko powierzchownie znieczulający. Mama wyszła z salki do kościoła, ale i tam za murami słychać było mój wrzask. Już na zawsze pozostał mi uraz do dentystów. 

Rok czy dwa później byliśmy znów na wsi, tym razem w Podmarzyszu. Także mieliśmy swoją izbę, pierzyny, poduchy. Oglądałem układanie nowej strzechy. Gospodarz brał wiązkę słomy, skręcał ją, okręcał wokół krokwi i ściągał do dołu, obok następna wiązka, tworzył się fartuch z końcami źdźbeł do dołu.  kolejne górne rzędy przykrywały wcześniejsze. Strzecha była normą na wsi. Była tania, dość trwała i miała ogromną zaletę – strych był chłodny latem. Niestety była łatwopalna. 
W gospodarstwie było dwóch chłopców, moich rówieśników. Byli bardzo zapracowani. Pasienie krów nie było tylko siedzeniem przy ognisku i sporadycznym pogonieniem zwierząt.

Marzysz - sosny przy drodze

Idąc na pastwisko drogą przy lesie sosnowym ryli motykami piach i wyciągali długie, równe korzenie, niektóre po kilka metrów. Korzenie były obdzierane ze skóry,  cieńsze  przecinane wzdłuż. Z odpowiednio grubych robione były obręcze – przyszłe rusztowanie. A potem płaskimi cieńszymi korzeniami wyplatali koszyki – takie, jakie spotkać można i dziś w muzeach wsi, czasami na wiejskich rynkach. Nauczyli mnie też jak wyciąć patyk z gałęzi wierzby gruby około centymetra a długi na  5-10, trzonkiem noża ostrożnie otłuc korę, ściągnąć ją, przyciąć odpowiednio drewno, wsunąć korę z powrotem i powstawał gwizdek. Im grubsza gałąź tym niższy dźwięk. Niestety gwizdek już następnego dnia wysychał i pękał. Tam też widziałem jak gospodyni przed robieniem ciasta czy makaronu szła do komory i tam mełła na żarnach mąkę. Jedną ręką drewnianym kołkiem obracała ciężki kamień z szybkością 2-3 obrotów na sekundę, drugą dosypywała ziarno do środka. Szara mąka sypała się do podstawionego naczynia. Z wiejskimi chłopcami byłem w bardzo dobrej komitywie, nikt nie był lepszy ani gorszy choć każdy z nas był nieco inny.  Gdy chodziliśmy przez wieś niekiedy przed jedną z chat bawiła się paroletnia dziewczynka. Koledzy wołali: Jadźka, pokaż pickę! A ona z uśmiechem podnosiła sukienkę. Wiejskie dziewczynki latem oczywiście nie nosiły majtek. Potem spokojnie szliśmy dalej.

Byłem także dwa razy na koloniach dla dzieci pracowników magistratu gdzie mama pracowała. Pierwszy wyjazd był w 1948 roku. Przez całą noc jechaliśmy pociągiem na stojąco, w korytarzu. Przez okno widziałem niesamowite pióropusze ognia w hutach i koksowniach Śląska. 
Dojechaliśmy różnymi pojazdami do Matejkowic koło Jeleniej Góry. Kolonie były w 
poniemieckim bogatym gospodarstwie. Ogromna sala wyłożona ciemnym drewnem, bilardowy 
stół, na którym nigdy nie zdołałem zagrać bo byłem najmłodszy. Dzień zaczynał się apelem na 
dworze, śpiewanie – „Kiedy ranne wstają zorze” i jakiś młodzieżowy hymn socjalistyczny. Na śniadanie było mleko robione z proszku, który niestety osiadał na dnie. Plusem był zupełny brak kożuchów znienawidzonych przeze mnie. Oczywiście były też inne rzeczy do jedzenia ale nie wryły mi się w pamięć. Potem był całkowity luz bez żadnego nadzoru. Ja chodziłem zupełnie sam w góry okoliczne, zwiedzałem pola, zagajniki. Nigdy nie zauważono mojej nieobecności. Obok budynku był górski strumień z kamieniami, po których przechodziło się między brzegami. Któregoś dnia prowadziliśmy wojnę na kamienie (chyba nieduże). Jedna strona okazała się słabsza i jej uczestnicy przechodzili do przeciwnika. Tak jakoś wyszło, że zostałem sam. Oberwałem kamieniem tak, ze zalałem się krwią, co normalne przy skaleczeniu głowy. Sprawca wystraszył się i do końca dnia zabawiał mnie, opowiadał dowcipy i historyjki ciekawe. I to był mój najlepszy dzień na całym turnusie. Nie pamiętam żadnego wychowawcy, opiekuna. 
Drugie kolonie były pod Kielcami na Sitkówce, piękna rzeka Nida z piaszczystym dnem, łachy czystego piachu na brzegu. Skład był mało mi przyjazny, rozpoznano we mnie rozpieszczonego jedynaka i nazywano „pańskim cyckiem”. To określenie jeszcze parę razy pojawiało się w moich spotkaniach z młodzieżą spoza szkoły. Tu również opieka i nadzór były niewidoczne. Pilnowano leżenia w łóżkach po obiedzie, to była jakaś mania wychowawcza. Czytałem wtedy „Starą baśń”. Pamiętam zabawę z niewybuchami, pociski długości około 30 cm. Stawiałem je w ziemi pionowo, czubkiem do dołu, chowałem się za drzewkiem grubości nogi i uderzałem wyciągniętą ręką kamieniem z nadzieją, że zapalnik jest właśnie z tyłu pocisku. Do końca kolonii nie doczekałem bo napadła mnie jakaś infekcja z wysoką gorączką. 
Najprzyjemniejsze i najlepiej wspominane wakacje to były wyjazdy z mamą na wczasy. Byliśmy nad morzem, co opisałem, ale też w Zakopanem. Nie wydarzyło się tam nic specyficznego, wartego opowiadania.  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s