Klasa czwarta – historia i zabawy

Tadeusz Tadeusz

IV klasa wbiła mi się w pamięć mocno. Strasznym przedmiotem była historia. Były do niej aż 4 tomy podręczników, takie po  centymetrze grubości, żółte okładki bez żadnych ozdób, sam tytuł. W środku żadnych ilustracji.  Zakresu całości nie pamiętam, ale wiem, że były wszystkie ruchy robotnicze. Język był trudny i podobnie jak u Lecha mama mi pisała wyciągi  zwykłym językiem ułożone. Po paru latach przyszło nam znów uczyć się o historii komunizmu. ale już z wzorcowego dzieła samego Towarzysza Generalissimusa Józefa Wissarionowicza – Krótka historia WKPb. W tej klasie bardzo dużo chorowałem na dziecinne grypy, odry itp. W sumie opuściłem 90 dni! I dziwnym trafem była to jedyna klasa po której dostałem nagrodę za same piątki! Lubilem chorować, a ścisłej zdrowieć po gorączkowym początku. Mama była nadopiekuńcza (to dzisiejszy termin wtedy nieznany) i katar mógł powodować tygodniowe siedzenie w domu.Czytałem całymi dniami. Wtedy poznałem nie tylko Ducha puszczy, Tomka Sawyera, ale też całą Trylogię. Czytanie było bardzo ważnym zajęciem chłopców w naszym wieku. Omawialiśmy akcje między sobą, polecaliśmy tytuły. Może i byłem dobry w rysowaniu, ale nic nie moglo przebić Lecha zdolności do opowiadania książek, które czytał. Od niego najpierw usłyszałem streszczenia,  potem pożyczałem np.  Robin Hooda wraz z żoną Marianną – te dwa tomy są dziś chyba zupełnie nieznane. On opowiadał Trzech muszkieterów, potem Klub Pickwicka. No i fascynujacego Edgara Alana Poe – miał te słynne dwa tomy opowiadań.  Były też czytane opracowania dla 

młodzieży skrócone wersje np. Przygód Gulliwera.

Nasze zabawy prócz tych ogrodowych były różne. Od intelektualnych gier w państwa-miasta-rzeki-itp (z tych czasów znam ptaka na E, góry na D…), planszowe chińczyki, okręty, szubienice, aż po dość ryzykowne strzelanie z łuków i z proc. W domu miałem strzelnicę – z jednego końca mieszkania do najdalszego przy drzwiach, na których zaznaczony cel, naboje do procy to była plastelina, nie dało się oszukać nic, plastelina przylepiała się. Strzały do łuków miały albo 
okręcane drutem czubki, albo też płaszcze pocisków karabinowych, ołów był wytopiony na kuchennym piecu. Raz zdobyłem pocisk większy od innych, cieszyłem się jak dużo ołowiu z niego będzie. Czekałem w napięciu kiedy stopiony metal wycieknie do pudełka blaszanego. I nagle kuchenny piec stał się kulą ognia jaskrawego i barwnego. To był świetlny pocisk.  Nie pamiętam by ktokolwiek strzelał do zwierząt, choć kotów i ptaków było sporo. Ale czasem strzelaliśmy do szyb… 
Ołów był naszym dość częstym materiałem do zabawy, najczęściej sciągany z kabli telefonicznych. Odlewałem z niego odciśnięte w plastelinie figurki zwierzątek – maminych ozdób, szpilek do kapeluszy itp. Częste były też zabawy rtęcią. Aż dziw, że nie było zatruć. Kulki rtęci były turlane, przenoszone w dłoniach, trzymane w słoiczkach. Mosiężne odznaki pocierało się o rtęć i stawały się srebrzyste! Na drugi dzień już szarzały i trzeba było zanurzanie w rtęci powtarzać. Strzelanie było lubiana zabawą. Z desek wycinalo się karabin, kolega syn stolarza udostępniał specjalny 
hebel do robienia rowka na strzałę, powstawała jakby kusza, której łuk zastępowała guma z rowerowej dętki,  jak do procy. Inne było strzelanie z kluczy, takich z dziurką na końcu. Wypełniało się ją siarką z zapałek, zatykało, nacelowywało i podgrzewało świeczką. 
Huk był ale celności nie było. Prostsze było wkładanie w otwór gwoździa i uderzanie – takze był huk.   Klucze z otworem na bolec to były bardzo pożądaną zdobyczą! Były też bardzo popularne pistolety kupowane na kapiszony i korki. Strzał z korka był dość bolesny gdy w nogę trafił. A wówczas wszyscy chłopcy chodzili, gdy nie było zimy, w bardzo krótkich spodenkach. 

Były też zabawy klasowe, na przerwach. To przede wszystkim cymbergaj. Dwie monety- gracze, moneta mniejsza – piłka, ławka jako boisko. Napędem był grzebień. Drugą były hacele – 5 sztuk rozrzucane na podłodze i potem odpowiednio podrzucane, łapane, popychane. Hacele były znajdowane na bruku gdy wypadały koniom z podków, te były starte, nierówne, małe. Drugie były kupowane – nowiutkie, błyszczące. Myślę, ze jeśli dziś ktoś wie co to są hacele 
albo hufnale to albo jeżdzi konno albo jest stary.

Kolejnym szkolnym ale i domowym zajęciem większości chłopcow było zbieranie znaczkow pocztowych. To była pasja rozbudzana pojawianiem się pozostałości  przedwojennych koników tatusiów (słowo hobby pojawilo się po latach). To były różne Tanganiki, Epiry, Srby, Chrwaty i Slovenagi (!), Cypry i święte Heleny. Ale też znaczki od rodzin zza granicy przede wszystkim angielskie i amerykańskie. Na przerwach kwitła wymiana i prezentacja. Albumy jeszcze 
nie istniały u nas, kartki zeszytów zginane były w trójkąty, jedna kartka – jedno państwo.
Ech Lechu, w coś Ty mnie wrobił, jak tu przestać pisać chociaż prace czekają!!!

Ciąg dalszy jutro.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s