Nauka i wakacje

Pod koniec drugiej klasy powinniśmy byli płynnie czytać i pisać oraz potrafić wykonać cztery działania arytmetyczne na dowolnych liczbach. Wydaje mi się, że większośc uczniów osiągnęła ten poziom. W każdym razie sprawa była zamknięta i jeśli ktoś nie dawał sobie rady był uważany za gamonia.
W klasie trzeciej pojawiły się trzy nowe przedmioty – historia, biologia i geografia.

Lekcje rozpoczynały się o 8 rano. Naogół było 5 lekcji dziennie, również w sobotę. Nie potrzebowałem już opiekunki. Droga do szkoły zajmowała mniej niż 10 minut.
Po prawej stronie mojej ulicy był płot a za nim pola należące do Seminarium. Dalej mijałem doły Siekluckiego…

Doły należały do cegielni Siekluckiego, którą wkrótce upaństwowiono a potem zlikwidowano.
Po lewej stronie mijałem kilka całkiem pokaźnych posesji prywatnych. W jednej z nich nie było kanalizacji i pamietam strumienie brudnej wody spływające do rynsztoka na ulicy.
Po minięciu ulicy Żeromskiego przechodziłem na prawą stronę ulicy. Po lewej stronie ulicy górował wzbudzający respekt budynek Izby Skarbowej. Nam nie groziły jednak podatki, budynek zajmował teraz Urząd Bezpieczeństwa (UB) – zdjęcia budynku tutaj – KLIK.
Potem już było z górki i szkoła.

Po lekcjach albo wracałem do domu albo szliśmy z kolegami bawić się w ogrodach przyległych do domów Tadka Gajla (ul Słowackiego) lub Marka Bieńkowskiego (ul Śniadeckich).
Co to były za zabawy? Niewiele pamiętam,  pewnie wspinanie się po drzewach, może opowiadanie sobie przeczytanych książek i odgrywanie niektórych scen.
Tadek potrafił własnoręczbie wykonać wiele zabawek więc myślę, że za jego przykładem robiliśmy łuki i proce.
Pamiętam, że kiedyś wpadło nam w ręce dynamo na korbę z wojskowej stacji telefonicznej.
Gdy się dotknęło końcówki łapał prąd. To była dopiero zabawa. Najlepiej była zrobić łancuch -kilku chłopców trzymało się za ręce – prąd kopał najmocniej tego ostatniego.

Matka wracała z pracy około czwartej więc obiady jadłem w stołówkach. Najbardziej lubiłem tę prowadzona przez Zytki czyli stowarzyszenie służebne im św Zyty – KLIK.
Obiad z kwasem jako deser kosztował 7.50 (8 zl z dużym kwasem). Chodzi oczywiście o kwas chlebowy. Nigdzie, nawet w Rosji, równie dobrego kwasu nie piłem.
Wydaje mi się, że na te obiady po 7.50 codziennie podawali kotlety mielone. W piątek oczywiście obiad bezmięsny – leniwe albo pierogi ruskie. Wybierałem to drugie, lubię je bardzo do dzisiaj.
Zytki oprócz jadalni prowadziły również pralnię, do której oddawaliśmy pościel i chyba nawet koszule. W domu nie było warunków do prania chociaż pamiętam, że mieliśmy tarkę do prania więc jednak coś się prało.
Przez pewien czas jadałem obiady w stołówce Caritasu, pewnie tańsze niż u Zytek, ale nie tak dobre. Prócz tego nie podobała mi się jadalnia Caritas. U Zytek była niewielka, ale całkiem elegancka sala z ładnymi obrazami na ścianach.
Przez dłuższy czas korzystałem z obiadów domowych u pani Sz. na ulicy Śniadeckich. Pani Sz. mieszkala z siostrą w na wpół zburzonym, piętrowym domu. Prowadziła stancję dla kilku starszych chłopców. Jej syn studiował medycynę w Krakowie.

Wakacje.

Charakter naszego domu – Dom Starców – był dla Matki pretekstem do wysyłania mnie na wakacje na całe lato, byle daleko od miasta.

Matka była przesadnie wrażliwa na punkcie mojego zdrowia. Po wojnie prowadzono w Polsce intensywną akcję leczenia i zapobiegania gruźlicy. Wszystkie dzieci były testowane i mój test wypadł pozytywnie. Prześwietlenie niczego nie wykazało nie zostałem jednak poddany szczepieniu gdyż bakterie choroby były już w moim organiźmie. Lekarze mieli nadzieję, że organizm sam wytworzy odpowiednie przeciwciała.
Matka podejrzewała, że te bakterie złapałem podczas wizyty u dozorcy naszego domu, który miał gruźlicę.
– Gruźlicę rozpadową – mówiła Matka złowieszczym głosem.
To brzmiało bardzo groźnie. Zaprzestałem odwiedzin a ilekroć spotkałem naszego dozorcę na ulicy to omijałem go z daleka i na dodatek wstrzymywałem oddech. To nie było takie łatwe bo dozorca, jeśli spotykało się go na ulicy to na ogół był pijany i trudno było przewidzieć, w którą stronę się zatoczy.

Dom Starców, a to już nie było zubożała inteligencja ani panie z ziemiaństwa, jakież choroby mogły tu grasować. Szczególnie latem.
Nie czekaliśmy nawet na koniec roku szkolnego. Matka zwalniała mnie ze szkoły przed połową czerwca i wysyłała do Cioci Stasi (Matka Benigna – przełożona zakonu Samarytanek).

W latach 1948-49 miejscem wakacji był Zalesin, niewielka poniemiecka osada kilkanaście kilometrów od Ustki.
Dojazd nie był łatwy. Pociągiem do Słupska, tam wiele godzin czekania na autobus do wsi Zalaski a stamtąd zabierała nas furmanka. W sumie ponad 24 godziny podróży.
Matka wracała do Kielc następnego dnia rano. Nie przypominam sobie żeby brała urlopy. Prawdopodobnie zastępowała kogoś i miała za to dodatkowa pensję.

Zalesin, podobnie jak inne ośrodki prowadzone przez siostry Samarytanki, był zakładem dla dzieci cofniętych w rozwoju. ale nie przypominam sobie kontaktu z tymi dziećmi. Moim głównym towarzystwem byli pracownicy rolni.
Czerwiec to okres sianokosów. Całe dnie spędzałem najpierw na kosiarce, następnie na grabieniu trawy, ładowaniu jej na furmankę, składowaniu w stodole.
Koniecznie chciałem być woźnicą. Podstawowym atrybutem był bat. Pan Roman czasem pozwalał mi skorzystać z jego bata a w końcu dał mi rzemień i polecił znaleźć sobie odpowiedni, sprężysty kij, najlepiej z jałowca.
Poszedłem na skraj lasu, znalazłem jałowiec, ale ucięcie gałęzi nie było łatwe. Nóż zeslizgnął się z elastycznego drzewa i głęboko przeciął mi palec wskazujący.
Ślad mam do dzisiaj, na prawej dłoni. A zatem nóż trzymałem w lewej dłoni. Byłem więc jeszcze wtedy leworęczny choć już nie w pisaniu.
Krew lała się obficie, nie pomogło ssanie palca ani trzymanie dłoni w górze. Pobiegłem do najbliższej chaty po pomoc. To była chata, w której mieszkały dzieci z siostrą opiekunką, ale nikogo nie było. W kuchni zauważyłem miednicę pełną zimnej wody. Zimna woda, to powinno pomóc. Włożyłem dłoń do miski i obserwowałem jak rozpływają się smugi krwi. W końcu woda była tak czerwona, że uznałem moczenie w niej dłoni za bezcelowe. Włożyłem palec do ust i pomaszerowałem do chaty, w którym mieszkałem. Gdy tam doszedłem krew przestała płynąć więc uznałem sprawę za zakończoną.
Tymczasem mieszkańcy chaty wrócili z wycieczki i przeżyli szok – miska pełna krwi. Nie znam przebiegu sprawy, ale podsłuchałem jak zakonnice mówiły o znakach nadejścia końca świata albo przynajmnie kolejnej wielkiej wojny.

Poniżej plan Zalesina rysowany z pamięci…

Z Zalesina było 2 kilometry do morza, siostry mówiły, że dużo więcej i wycieczki na plażę odbywały się nie częściej niż raz na 2 tygodnie. Była to ciekawa droga. Zarośnięta ścieżka w gęstym lesie, kilka przepraw przez strumyki, przejście przez piękną nowoczesną szosę, na której nigdy nie spotkaliśmy żadnego pojazdu, wreszcie ogromna, stroma, wydma i bezludna plaża.

W lesie można było znaleźć niewypały wojennych pocisków.
Kiedyś pracownicy rolni zabrali mnie do lasu na poszukiwanie niewypałów. Nie trzeba było długo szukać. Znalezione pociski ściągnęliśmy na stos, obłożyliśmy gałęziami i podpaliliśmy. Schowaliśmy się do rowu czekając na wybuch. Czas dłużył się niemiłosiernie, czekaliśmy pewnie ponad godzinę, za niedługo w ośrodku będzie kolacja, pan Roman zdecydował, że trzeba ostrożnie się wycofać. Wkrótce zapomnieliśmy o ostrożności i zaczęliśmy biec. Dwóch ludzi trzymało mnie za ręce a ja tylko przebierałem nogami w powietrzu. Nie ubiegliśmy wiele gdy za nami potężnie huknęło. Nic jednak nie zobaczyliśmy i nie próbowaliśmy tego powtarzać.

Osobą. która zapamiętałem z Zalesina był ksiądz Wnuk. Starszy, dystyngowany pan. Narzekał, że spędzam cały czas z parobkami. Kiedyś zabrał mnie na polowanie na kaczki. To było gorsze niż te niewypały. Płynęliśmy łódką przez niewielkie, pokryte rzęsą, jezioro. Pomagaem księdzu w wiosłowaniu lecz wiosło było dla mnie za ciężkie, łodka się chybotała, obawiałem się, że jeśli ksiądz wystrzeli z dubeltówki to łódź się wywróci. Na szczęście nie napotkaliśmy żadnych kaczek.

W Zalesinie byłem dwa razy, po pierwszej i drugiej klasie.
Po drugiej klasie potrafiłem już nieźle czytać i sporo czasu spędzałem czytając stare roczniki przedwojennch pism dla dzieci.

Ciocia Stasia nie miała dla mnie wiele czasu. Widywałem ja codziennie przelotem, czasem pokazywała mi stare książki. Mężczyźni w skórach, kobiety z grubymi warkoczami, sceny z polowań, pracy na roli, rodzinnej zagrody. Na ostatnich stronach pojawili się wojownicy w hełmach z rogami, bitwa, palące się zabudowania.
To Niemcy – tłumaczyła Ciocia – wygonili stąd rodowitych Słowian.
Dopiero kilka lat później dowiedziałem się o Wikingach i ich hełmach. A więc to oni byli napastnikami. A kogo wygonili?

Na internecie znalazłem ciekawą informację o Zalesinie. Jego pierwotna nazwa to Salesker Strand i według legendy został założony około roku 1600 przez szwedzkich rybaków, rozbitków, którzy przydryfowali tutaj na krze – KLIK.
Zlinkowana powyżej strona poświęcona jest cmentarzowi ewangelickiemu w Zalesinie. Sostry nie pokazały mi tego cmentarza.
Po kilku latach zakład w Zalesinie zamknięto i wszystkie tereny w tej okolicy zajął ogromny poligon wojskowy.

Po trzeciej klasie pojechałem na wakacje do Samarii, głównego ośrodka prowadzonego przez Samarytanki. Tam dużo bawiłem się z dziećmi, wydawało mi się, że były na podobnym poziomie umysłowym jak ja tylko chyba znacznie starsze.
Tam nauczyłem się grać w pikuty – KLIK.
W tym okresie miałem juz świadomość tego co sie dzieje na mszy świetej i dobrze pamiętam niedzielne msze w Samarii. Siostry śpiewały pięknie po łacinie – Credo inunum Deum – KLIK.
Wróciłem tam jeszcze w roku 1975, śpiewaly tak samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s