Parowóz dziejów cz 1

„Rewolucja – parowóz dziejów…”
Chwała jej maszynistom!
Cóż, że wrogie wiatry powieją?
Chwała płonącym iskrom!

Władysław Broniewski – Słowo o Stalinie. 

To, że Polska przechodzi rewolucję poczułem w maju 1948 roku. Z lat poprzednich pamiętałem, że 3 maja był dniem wolnym od pracy i że w tym dniu odbywała się uroczysta parada, w której uczestniczyła oczywiście szkoła im królowej Jadwigi.
Tym razem parada nie odbyła się. Prawdopodobnie odbył się pochód 1-majowy, ąle wtedy jeszcze nie zauważałem atrybutów nowego ładu.

Kolejna sprawa to likwidacja harcerstwa. W drugiej klasie (rok 1948) zapisałem się do harcerstwa, to znaczy do zuchów. Po kilku miesiącach harcerstwo zniknęło. Nie pamiętam czy wyjasniono nam przyczyny.
Historia harcerstwa po II Wojnie tutaj – KLIK.

Oczywiście docierały do mnie informacje o burzliwych wydarzeniach w Polsce. Gdy poszedłem spać Matkę często odwiedzały panie z sąsiedztwa i przez drzwi dobiegały do mnie prowadzone w kuchni rozmowy – o głosowaniu 3 razy tak, o ucieczce premiera Mikołajczyka, o aresztowaniach byłych żołnierzy AK. Pewnego razu podsłuchałem jak jedna z sąsiadek podnieconym głosem mówiła o dziecku porwanym przez Żydów na macę. Matka wyprosiła ją z mieszkania i zerwała z nią kontakty. O pogromie kieleckim – KLIK – dowiedziałem się dużo później.

Bardziej oczywistego  dowodu zmiany ustrojowej doświadczyliśmy w najbliższym otoczeniu. Dom, w którym mieszkaliśmy został upaństwowiony. To już nie  była Fundacja Malskiej lecz państwowy dom starców. Zakonnice nadal zajmowały się prowadzeniem domu lecz miały cywilnego kierownika. Był nim pan Fortuna, który zamieszkał w domu wraz z żoną i dziećmi – Andrzejem i Elą.
– To partyjniak, ale bardzo porządny człowiek. – Tak oceniła go moja Matka po piewszym spotkaniu.
Na marginesie dodam, że z takim określeniem spotykałem się od tego czasu dość często.

Bardziej istotna zmiana dotyczyła nas samych. Dom starców to nie było przecież właściwe miejsce dla młodej kobiety z dzieckiem.
Pierwsza doświadczyła tego pani Weychert. Przydzielono jej mieszkanie kwaterunkowe i wraz z synem wyprowadzili się z naszego domu.
Odwiedziliśmy ich w nowym miejscu zamieszkania i była to bardzo przygnębiająca wizyta. Było to duże mieszkanie, w którym zakwaterowano wiele rodzin. Żeby dotrzeć do pani Weychert musieliśmy przejść przez duży pokój, w którym mieszkały te rodziny. Przez środek pokoju biegła linka, na której wisiała cienka zasłona oddzielająca dwie rodziny. Po przejściu przez te dwa pomieszczenia mogliśmy zastukać do drzwi pokoju naszych znajomych. Na szczęście był samodzielny. W całym mieszkaniu zamieszkiwało chyba 5 rodzin, kuchnia była wspólna. 
Andrzej pokazał mi nowy, prawdziwy, nóż fiński, ale ogólna atmosfera tej wizyty była smutna.
Po powrocie do domu Matka zaklinała się, że nie pozwoli się przenieść do innego lokalu. Sprawa nie była łatwa gdyż zajmowaliśmy przecież aż 2 pokoje. Atutem był fakt,  że nowe normy określały minimalną powierzchnię mieszkalną na 8m2 a pokoje u Malskiej miały powierzchnię 15m2. Dzięki temu nie mogli nas ścieśnić do jednego pokoju. Udało nam się przetrwać w domu starców jeszcze 8 lat.

Zmieniły się również dekoracje. Nasza ulica, najpierw Seminaryjska, potem Księcia Józefa, stała się ulicą Gwardii Ludowej. Plac, na którym co wtorek Matka kupowała warzywa zmienił nazwę na Plac Obrońców Stalingradu.

Kielecki Bazar.

Bazar
Targ odbywał się chyba w każdy wtorek. Już wcześnie rano furmanki stukały po bruku przed naszym domem.
Na marginesie wspomnę, że samochody były rzadkością. Jeśłi już to ciężarówki, w większości amerykańskie studebakery z demobilu.
Oczywiście nie było taksówek tylko całkiem gustowne, czarne, dorożki. Pamiętam, że jeszcze w 1954 jechałem taką dorożką z dworca kolejowego do domu.
A w zimie w furmance wymieniało się koła na płozy. Wszystkie ulice, może poza główną ul Sienkiewicza, nadawały się do sanny podczas długich zimowych, zawsze śnieżnych, miesięcy.
Wracając ze szkoły niejeden chłopiec czepiał się sań, niektórzy przechodnie wołali:
– Z tyłu batem!
Czasem można było dostać.

Ale miało być o rynku.
Kilka razy tygodniowo przychodziła „baba z mlekiem”, wiejska kobieta dźwigająca na plecach wielką bańkę pełną mleka. Prócz tego przynosiła wszelki nabiał – biały ser, jajka, masło. I tylko dla zaufanych, na zamówienie, cielęcinę z nielegalnego uboju.
Ubrana była w typową świętokrzyską zapaskę, jak na poniższym zdjęciu…

Zapaski

Żródło zdjęcia – KLIK.

Ale butów takich jak na tym zdjęciu nie miała. Prawdę mówiąc to całą drogę ze swojej wsi szła na bosaka. Buty zakładała dopiero wchodząc do miejskich budynków. Zwyczajne, czarne, kupne półbuty.
Tak że na rynek Matka szła tylko po jarzyny, włoszczyznę i owoce.
Wraz ze zmianą nazwy zmienił się charakter placu. Bazar zlikwidowano. Na placu odbywały się coraz częściej wiece ludowe.  

Prywatny tartak, w którym pracowała Matka został zlikwidowany. Matka znalazła pracę jako księgowa w jakiejś instytucji państwowej.

Parowóz będzie kontynuował swój bieg w następnym odcinku.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s